Przez przypadek premiera nowego
bloga zbiega się z przełomem lat. Nie przywiązuję do nocy 31. grudnia / 1. stycznia
wielkiej wagi, dlatego i mój nowy początek pisarsko-blogowy nie powinien być z
tą nocą wiązany.
Poprzedni można przeczytać tu: This could be the first day of my life
Od dawna przymierzałam się do
rozpoczęcia pisania nowego bloga: poprzednią wersję zaczęły bowiem odwiedzać
osoby, które czytać tamtych treści nie powinny. Swoją drogą to zabawne: gości
bywało tam niewielu, a znalazły się wśród nich osoby, które znaleźć się nie
powinny…
Od dawna przymierzałam się do
rozpoczęcia pisania nowego bloga.
I ze mną właśnie tak często jest: długo
zabieram się do podjęcia jakiejś decyzji, rozpoczęcia jakiejś aktywności,
zaprzestania jakiejś aktywności. Czasem takie przemyśliwanie, zastanawianie się
i przymierzanie trwa kilka tygodni, a czasem miesięcy. Gdy się jednak
zdecyduję, nie zwlekam z tym dłużej, ale zaczynam działać.
Dlatego przez przypadek premiera nowego
bloga zbiega się z przełomem lat.
Rzeczywisty nowy początek miał
miejsce wiosną tego roku, gdy wydarzyło się wiele ważnych rzeczy w moim życiu.
Kolejna diagnostyka, kolejna rewolucja w życiu osobistym, kolejna decyzja
odnośnie do życia zawodowego…
Z perspektywy kilku miesięcy
łatwiej o tym myśleć, pisać i mówić. Po raz kolejny sprawdza się powiedzenie,
że czas leczy rany. Ważne jest jednak to, aby w tym samym czasie zastosować
również inne, adekwatne do sytuacji, leczenie lub środki prewencyjne.
Czas bowiem może sprawić, że złamane
kości się zrosną, ale niewłożone w łupki czy gips zrosną się nieprawidłowo.
Wierzę, że jestem mądrzejsza niż
kilka lat temu i choć wydarzenia z początku roku były bolesne, i choć sprawiły,
że znowu moje skrzydła zostały podcięte, to łatwiej było mi znaleźć właściwe rozwiązania,
podjąć odpowiednie działania.
To właśnie wiosną po raz pierwszy
pojawił się pomysł na to, by wrócić do pisania bloga, albo – przynajmniej –
ponownie pakować walizkę. Wówczas znajdowałam wiele wymówek i obiektywnych
trudności. Przede wszystkim jednak: ta decyzja musiała we mnie dojrzeć.
Dojrzała w dniach ostatnich.
Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak trzymać się podjętej decyzji i wytrwać w
regularności. Podobno publicznie złożone deklaracje sprawiają, że łatwiej
wytrwać w postanowieniach. Powinnam zatem ogłosić w tym miejscu – w tej
przestrzeni światowej sieci, choćby nie miał tu nikt zajrzeć – że raz w
tygodniu pojawi się nowy wpis. Powinnam, ale bardzo nie lubię deklarować
niczego, co nie jest wymagane prawem. Zatem niczego nie zadeklaruję. Co
najwyżej mogę się przyznać do tego, iż jest dziś we mnie taka potrzeba, by
pisywać regularnie, bo wiem, iż regularność bardzo porządkuje życie. A niczego
tak teraz nie potrzebuję, jak regularności i porządku – to jest mój suplement
diety, pozwalający na zachowanie zdrowia.
Późną wiosną, a może z początkiem
lata, gdy pojawił się pomysł na wznowienie bloga, pojawił się również pomysł na
pierwszy wpis i pierwszy tytuł: „Książki na dobry początek”. To właśnie wówczas
odkryłam dwie książki, które będąc pozycjami z dwóch różnych bajek i światów w
fantastyczny sposób się uzupełniły, stając się dla mnie dawką uderzeniową
antybiotyku, tak bardzo mi w tamtym czasie potrzebnego.
Nie pamiętam jak trafiłam „Głaskologię”
Miłosza Brzezińskiego Zobacz, książkę z dziedziny psychologii biznesu, ale czytałam
ją, odnajdując w niej prawdy dla mnie oczywiste, wszak podstawową wiedzę z
psychologii mam. Znalazłam jednak również nieoczywistości, które uznałam za
bardzo ważne. Istotne dziś, ale ważniejsze w tamtym czasie, bo będące
odpowiedzią na postawione wówczas przede mną wyzwania zawodowe. To dzięki tej
książce podjęłam ważne dla mnie decyzje zawodowe.
Chwilę później trafiłam na „Holyfood”
Szymona Hołowni Zobacz. Zaintrygował mnie tytuł, a że opisy w księgarniach
internetowych nie były zbyt obszerne, postanowiłam dokonać zakupu. Książka z
psychologią biznesu mająca wspólnego dokładnie nic i stanowiąca, może właśnie
dlatego, doskonałe uzupełnienie poprzedniej pozycji. Przepisy Szymona Hołowni –
tak przecież oczywiste, a jednak nieco zapomniane – pozwoliły mi podjąć
działania w obszarze życia codziennego.
Perspektywa czasu nieco zmienia
postrzeganie niektórych faktów, ale jestem skłonna stwierdzić, że przeczytanie
obu tych książek było dla mnie prawdziwym nowym początkiem.
Niby nie zmieniło się nic:
funkcjonuję w dokładnie tych samych obszarach, w jakich funkcjonowałam
dotychczas. Zmagam się z podobnymi trudnościami, z jakim spotykałam się
wcześniej. Cieszę się z podobnych rzeczy. A jednak jestem przekonana, że oto
został otwarty nowy rozdział mojego życia. Księga mojego życia zapełnia się od kilku
miesięcy słowami, opisującymi nowe historie. Są one kontynuacją rozdziałów poprzednich
– jak to w powieściach bywa. Bo moje życie, bo życie każdego człowieka, to
powieść, a nie zbiór opowiadań.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz