Na początku 2015 roku, czyli
tuż po wysłuchaniu piosenki inauguracyjnej w Trójce, przyszło mi do głowy, że
chciałabym zapamiętać „pierwsze razy” z tegoż początku.
Zanotowałam więc z
samego rana w moim kalendarzu – wówczas używałam jeszcze wersji papierowej –
jaką piosenką rozpoczął się dla mnie ten rok, jakie było moje pierwsze
śniadanie, z kim odbyłam pierwszą rozmowę, etc.
Zrobiłam coś takiego po raz
pierwszy. Nigdy wcześniej nic takiego nie przyszło mi do głowy, a szkoda.
Na początku roku 2015
notowanie „pierwszych razy” okazało się zabawne i urocze w swej banalności. Umówmy
się bowiem – to było banalne, naiwne i nieco kiczowate. Nie zmienia to jednak
faktu, że mnie sprawiło ogromną przyjemność. Nie zmienia to jednak faktu, że
gdy otworzę ten konkretny kalendarz za lat kilkanaście, to nadal będę uważać te
notatki za czarujące.
W połowie roku „przesiadłam”
się na kalendarz elektroniczny. Zdecydowanie jest to forma bardziej użyteczna,
ale…
Coś za coś: funkcjonalność
kontra nostalgia.
Mój pierwszy kalendarz
papierowy kupiłam/dostałam (nie pamiętam) dawno temu: w trzeciej lub czwartej
klasie podstawówki. Od tego czasu terminarze towarzyszyły mi zawsze, mimo że
szczyciłam się niezłą pamięcią. Od tego czasu kalendarze stanowią dla mnie
rodzaj pamiętnika, odświeżacza pamięci.
Kalendarzy książkowych nie
wyrzucam. Nawet podczas wielkich około remontowych porządków nie pozbyłam się
tej mojej „pamięci zewnętrznej”.
W połowie mijającego roku „przesiadłam”
się na kalendarz elektroniczny, co jest bardzo praktycznym rozwiązaniem.
Tylko gdzie ja zapiszę moje „pierwsze
razy” roku 2016?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz